Odcięłam dwukrotnie pępowinę, czyli podsumowanie roku 2018

Przyznam szczerze, że podsumowanie całego roku w jednym wpisie nie jest łatwe. Pomimo tego, że wydaje się, że czas płynie teraz szybciej niż kiedykolwiek i dzień za dniem uciekają to patrząc wstecz widzę jak wiele rzeczy się przez ten czas wydarzyło. Dlaczego zatem nie dostrzegamy tego każdego dnia? Czas zobaczyć je tutaj.

Każdego roku widzę przede wszystkim swój własny rozwój. I z każdym rokiem jest on coraz większy, ale na różnych płaszczyznach. Każda moja decyzja spowodowała, że się rozwinęłam, nawet wtedy, kiedy ta decyzja nie jest właściwa, bo wystarczy wyciągnąć wnioski z tej lekcji i przełożyć ją na przyszłość. Żadnej rzeczy z odchodzącego roku nie żałuję. To co się stało, już nigdy się nie odstanie a płakanie nad rozlanym mlekiem nie pomaga. Podsumowując ten rok spoglądam na wydarzenia, analizuję co zrobiłam źle i dobrze a następnie wyznaczam swoje własne cele na nadchodzący rok. Oto moje osobiste małe sukcesy, które osiągnęłam w 2018:

Odwiedziłam 6 krajów położonych na 3 różnych kontynentach 

Przyznam szczerze, że ten rok obfitował w bardzo wiele wyjazdów, biorąc oczywiście pod uwagę, że miałam jedynie 22 dni urlopu (jeszcze 1 mi pozostał!).

Rok rozpoczęłam od krótkiego, weekendowego wyjazdu do Berlina. W stolicy Niemiec byłam po raz drugi (pierwszy raz w 2012 r.). Przypominałam sobie pokrótce, co takiego skrywa ta stolica, ale w bardzo ekspresowym tempie, bo nie dość, że byłam tam zaledwie 1,5 dnia to w dodatku było bardzo zimno!

Niedługo potem, zarezerwowałam tygodniowe wczasy w Maroku, po których zdecydowałam, że już nigdy więcej nie polecę za granicę z biurem podróży (chyba, że kierunek, do którego będę chciała lecieć będzie małą wyspą a hotel potraktuję jako bazę wypadową). Urlop na przełomie wiosny/zimy staje się powoli małą tradycją. Tym razem Święta Wielkanocne postanowiliśmy spędzić właśnie w Maroku. Kraju, do którego z pewnością wrócę, ale na własną rękę. Przyznam szczerze, że ten wyjazd był typowym relaksem po długim, zimowym czasie a nie odkrywaniem kraju.

Majówkę postanowiłam spędzić u naszych południowych sąsiadów – w Czechach oraz na Słowacji. Po raz kolejny wróciłam do miejsc, w których już miałam okazję być. Pragę chciałam pokazać mojemu mężczyźnie, który nie widział tej niesamowitej stolicy. Stolica Czech skradła już nie tylko moje serce, ale również i jego. Malownicze uliczki, czeskie jedzenie i… piwo! Czyli to co kocham najbardziej. Wyjazd do Pragi tylko uświadomił mnie, że to nadal mój TOP 1, jeśli chodzi o stolice europejskie.

Po powrocie do Polski, moi rodzice zaproponowali mi wyjazd na Słowację w góry. Dawniej jeździliśmy tam regularnie w okresie ferii zimowych, zatem uznałam, że skoro już wracam do miejsc, które mi się podobają to czemu mam i teraz tego nie zrobić? Zrelaksowałam się, poobserwowałam naturę i spędziłam miło czas z moją rodziną.

All-focus

W dniu moich urodzin zarezerwowałam bilety lotnicze do Amsterdamu na wrzesień. To był mój cel od wielu lat i jestem bardzo wdzięczna, że w tym roku udało mi się ten cel zrealizować! Amsterdam jest bardzo uroczy, ale jednocześnie miastem, które nie ocenia. Wizyta w stolicy Holandii uświadomiła mnie, jak wiele jeszcze mnie zaskakuje, szczególnie, kiedy nie potrafiłam spojrzeć w oczy kobieciePokochałam go od razu, te piękne kamieniczki powodują, że chce się tam wracać!

Ostatni, najdłuższy wyjazd spędziłam na moim „drugim świata”, czyli Sri Lance. Swoją drogą, czy ktoś wie czy Sri Lanka jest dalej położona od Polski niż San Francisco? Wyjazd, który był dość spontaniczny, bowiem w planie zdecydowanie była Islandia. Ale to Sri Lanka dała mi w tym roku tak wiele doświadczeń i nowych bodźców. Uświadomiła mi, jak wiele mam i jak wiele jeszcze nie doceniam. To była niesamowita, ale i cenna lekcja, a o takich lekcjach marzę najbardziej!

Dwukrotnie… odcięłam pępowinę

Ta decyzja chodziła ze mną od listopada 2017, ale nie umiałam zebrać się w garść, by to zrobić. Było mi po prostu za wygodnie. Pewnego dnia jednak powiedziałam sobie: „Teraz albo nigdy!”, przyniosłam do domu klucze i oznajmiłam moim rodzicom, że opuszczam rodzinne gniazdko. Jednak, tak jak przewidziała moja mama to nie była jeszcze wtedy kropka nad i. Bo najpierw uciekłam na 4 miesiące, po czym… wróciłam, by przyspieszyć remont mieszkania, w którym mieszkam obecnie. Mam nadzieję, że już na stałe.

Podróże mnie niesamowicie dotychczas rozwijały, ale uważam, że wyprowadzka z domu była zdecydowanie najlepszą decyzją tego roku, bo czuję, jak rozwinęłam swoje własne skrzydła. Nie ma nic lepszego niż mieszkanie i życie „na własnych zasadach”. I powie to absolutnie każdy, kto postanowił wyprowadzić się „na swoje”.

Stałam się (młodym) kierowcą po 7 latach od zdania prawo jazdy

Nie będę ukrywać, że zawsze twierdziłam, że samochód jest mi nie potrzebny. Miałam inne priorytety i na nie przeznaczałam pieniądze, zatem od zdania prawa jazdy w wieku 18 lat (2011 r.!) jeździłam samochodem bardzo sporadycznie, ale tak by jeszcze coś pamiętać (kilka razy w roku). Z początku, kiedy mieszkałam sama to robiłam zakupy i jeździłam do pracy na rowerze (jest plan, by w 2019 do tego wrócić, pomimo samochodu!!!), jednak w pewnym momencie na Śląsku pojawił się carsharing, który umożliwia wypożyczenie samochodu na minuty. I to był ten bodziec!

Był czerwiec. Tego dnia reprezentacja Polski w piłce nożnej grała mecz, a ja musiałam w godzinę dotrzeć do mieszkania, co było niemożliwe ze względu na to, że był drugi koniec miasta. Dojazd autobusem, który swoją drogą miałam za 23 minuty zajmowałby za dużo czasu. I wtedy pojawił się on. Cały na biało. TRAFICAR!!! Aplikację miałam już dawno, więc postanowiłam, że po prostu muszę to zrobić. I zrobiłam. Zarezerwowałam, wsiadłam i… dojechałam. A to co przeżyłam w samochodzie i jaka stróżka potu lała mi się po plecach wiem tylko ja. Nie pamiętałam, kiedy przeżyłam taki stres, ale taaak, udało się.

Od tamtej pory regularnie jeździłam carsharingiem, by doskonalić moje umiejętności. Uważam, że to świetne rozwiązanie dla ludzi, którzy coś potrafią, a nie chcą niszczyć swojego samochodu (wiemy jak jeżdżą młodzi kierowcy). Aż w końcu przesiadłam się do auta mojego mężczyzny i mogę regularnie śmigać autem. Jestem z siebie bardzo dumna, że przełamałam ten strach i mogę się teraz cieszyć jazdą autem i tym, że to czasami jest naprawdę przydatne 😉

Sport zagościł w moim życiu na dłużej

Jak patrzę na mój tryb życia przed 2018 roku to chwytam się za głowę. Wcześniej ćwiczyłam regularnie chyba jedynie na WF w liceum i na studiach. Od tamtej pory, sport przestał istnieć w moim życiu, a ja nie widziałam jak bardzo źle to wpływa na mnie samą.

Pierwszy kwartał roku postanowiłam chodzić regularnie na squash’a. Pokochałam ten sport i z treningu na trening byłam coraz lepsza. Niestety, moja partnerka odpuściła i ja razem z nią. Przerzuciłam się jednak szybko na rower, bo łączyło się to z przeprowadzką. Jeździłam nie tylko do pracy, ale również popołudniami po parku. Ostatnie miesiące postanowiłam zacząć uprawiać jogę, która nie tylko uczy spokoju wewnętrznego, ale również wzmacnia absolutnie całe ciało. I wróciłam do squash’a.

Sport to zdrowie! Nie da się ukryć. Zauważyłam, jak pozytywnie ruch wpływa na moje ciało i samopoczucie. Siedzenie od 7-15 w biurze nie wpływa za dobrze na samopoczucie, dlatego sport tak bardzo mi pomaga. Mam nadzieję, że w 2019 zainspiruję kogoś do uprawiania jogi!

Założyłam bloga

Blogów miałam… nie wiem ile, ale bardzo dużo! Wszystkie zniknęły, bo przejmowałam się opinią innych. Tego założyłam jakoś w połowie roku, ale nie pisałam, bo się bałam. To absurdalne, bo lubię pisać. Po powrocie ze Sri Lanki uznałam, że to jest ten czas, by podzielić się wiedzą i zaczęłam regularnie pisać – i będę to robić dalej, by robić to co lubię. Dlaczego mam nie dzielić się czymś, co mi pomogło? Być może znajdzie się tu ktoś, kto również skorzysta z moich wpisów, a być może będzie ktoś, kogo zainspiruję do wyjazdu do kraju, w którym ja już byłam.

Blog to takie moje miejsce, które chcę rozwijać i rozbudowywać. I to jest cel na 2019.

Podsumowując, rok 2018 był wyjątkowy. Postawiłam w nim zdecydowanie na siebie. Czuję, że to się totalnie opłaciło! Inwestycja w siebie to najlepsza inwestycja, jaką można sobie kiedykolwiek zafundować. I ja to zrobiłam w tym roku. Dziękuję 2018 za niesamowite doświadczenia, szanse, możliwości, lekcje. Obiecuję, że w 2019 będę cieszyć się z każdego dnia, by nie czuć, że ten czas tak ucieka, bo on nie ucieka, trzeba się na chwilę zatrzymać i zobaczyć jak wiele mamy.

WCHODZĘ W 2019 NA PEŁNEJ PETARDZIE!!!

Udostępnij to...
Share on Facebook
Facebook
Share on LinkedIn
Linkedin

Dodaj komentarz